piątek, 21 czerwca 2019

Recenzja #258 - Niech Anglia płonie! - Płonące ziemie - Bernard Cornwell


Opis fabuły


Uhtred przybywa do klasztoru, w którym odnajduje księgi z opisem bitwy pod Fearnhamme. Okazuje się, że nie ma w nich nawet wspomnianego jego imienia. Oburzony tym niedopatrzeniem Sas postanawia opowiedzieć swe losy z tamtego okresu... 
Uhtred nadal służy Alfredowi i na polecenie władcy Wessexu udaje się do jarla Haestena, by żądać opuszczenia królestwa Sasów Zachodnich.W tym czasie na horyzoncie pojawia się jednak nowy przeciwnik - Harald Krwawowłosy, dumnie kroczący obok swej zabójczo pięknej i niebezpiecznej wybranki imieniem Skade. Uhtred, zmęczony dyplomacją i brakiem bitew popada w coraz większe rozgoryczenie. Nie zdaje sobie sprawy, co może się stać, gdy tylko ścieżki jego i Skade się przetną...



Opinia

Nie będę ukrywać, że akurat z tym tomem miałam pewien problem. Po pierwsze, czytałam go na raty, a zaczęłam zaraz po skończeniu Pieśni miecza. Niestety, miałam wrażenie, że dość specyficzny styl Cornwella mi się przejadł, a ja wyszłam z założenia, że Uhtred i jego przygody nie mogą mi zagwarantować już niczego nowego. Szczęśliwie po odłożeniu książki na jakiś czas, moje zainteresowanie losami dzielnego wojownika ożyło, a ja ruszyłam wraz z nim w dalsze przygody.
Autor ukazuje Uhtreda jako doskonałego wojownika i stratega, a tej ostatniej odsłony jeszcze nie znaliśmy. Należy jednak pokreślić, że stosowane rozwiązania wynikające z pewnych obserwacji nigdy nie są dokładnie objaśniane. Sas traktuje je jako coś naturalnego, nie próbuje na siłę wyjaśnić słuchaczowi, skąd wiedział, gdzie uderzy wróg. Jego taktyka opiera się bowiem na wielu latach doświadczenia oraz nieuniknionym przeznaczeniu. Pokazano tu również, że mimo umiejętnego posługiwania się słowem przy wyciąganiu informacji lub graniu na emocjach innych ludzi, Uhtred nigdy nie będzie dobrym dyplomatą. Jego losem jest wojna oraz pojenie swojego miecza krwią wrogów. 


Rozpoczynając lekturę, od razu uzyskujemy przypomnienie, że główny bohater jest już dorosły i odpowiedzialny. Nadal dąży do odzyskania rodzinnej twierdzy, a przygotowania do wojennych poczynań kierowanych przeciwko wujowi zajmują mu dość dużo czasu w tym tomie. Czytelnik dostaje także wgląd w wierność i lojalność Uhtreda. Rodzina jest dla niego najważniejsza i nie w głowie mu przelotne romanse lub kuszące oferty, gdy w domu czeka na niego ukochana połowica z pociechami. Bardzo mocno zarysowaną postacią jest tu oczywiście Skade - plotąca intrygi kobieta, na którą aż strach spojrzeć. Nie jest to jednak silna bohaterka, jakie zwykłam doceniać. W niektórych momentach jej zachowanie odrzucało mnie lub zniesmaczało. Rozumiem, że nie miała ona łatwego życia, a kobieta-wojownik powinna działać właśnie tak, szybko i efektownie, ale z czasem to okrucieństwo mi się przejadło.


Dla książek Bernarda Cornwella bardzo charakterystyczne są podniosłe i majestatyczne sceny bitewne oraz dokładnie opisane pojedynki. Sam autor jest uważany za jednego z najlepszych pisarzy, jeśli chodzi o batalistykę. W Płonących ziemiach przez większą część książki brakowało mi owej doniosłości, która powinna towarzyszyć kluczowym walkom. To, do czego przyzwyczaił nas autor chwilowo gdzieś znika, ustępując miejsca rozterkom moralnym głównego bohatera. Tym razem ich przedmiotem nie jest już religia czy zabijanie, ale dotrzymywanie złożonych dawno ślubów. W ich wypełnianiu kieruje się jednak podpowiedziami serca oraz uczuciami. Właśnie z tego powodu postanawia pomóc ukochanej przyjaciółceAethelflaed, z którą z czasem łączy go relacja, na rozwój której czekam niecierpliwie. Zauważyłam także, że autor stara się nie rozwlekać pewnych wątków i rozkłada je na maksymalnie 2-3 tomy, aby czytelnik się nie pogubił. W tym celu Uhtred-narrator przypomina nam również o istotniejszych sprawach lub zwraca na coś uwagę, jakby stawiał przy tym niewidzialny wykrzyknik, krzycząc "uwaga!". Ten sam gawędziarz popada momentami w melancholię i zadumę, wspominając dawne dzieje i bitwy. To były czasy - chciałoby się rzec. Czasy, które już minęły...


W powieści zachowano dotychczasowy styl i słownictwo oraz bardzo płynne przejścia czasowe. Nic z wyżej wymienionych elementów się nie zmieniło, więc dla fanów książek utrzymanych w konwencji gawędy jest to niewątpliwie pozycja idealna. Co więcej, zauważyłam dwuznaczność pewnych słów - czasem stanowią one najgorszą obelgę, motywującą do walki, a innym razem opisują przyjaciela, wyjaśniając jego pochodzenie. Bardzo ciekawy zabieg, ponieważ Uhtred bardzo dobrze zaznacza negatywne lub neutralne zabarwienie tych wyrazów, co pokazuje jakiś rodzaj finezji w prostocie wypowiedzi bohatera.
Kolejna książka - kolejny element grafiki tworzonej przez grzbiety. No, będzie to wyglądać spektakularnie, nie ma co. Zauważyłam jednak kilka literówek, które umknęły uwadze korekty, ale w stosunku do ilości tekstu (blisko 600 stron!) nie było ich wiele.
Piąty tom to jeden z grubszych, ale niewątpliwie nie mój ulubiony. Po opisie bitwy pod Fearnhamme na pewno spodziewałam się czegoś więcej, ale mam nadzieję, że to chwilowy kryzys, a Śmierć królów, czyli kolejna część przygód wielkiego saskiego wojownika, powali mnie na kolana swoim kunsztem.
Ines de Castro

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.