Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spektakl. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spektakl. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 marca 2018

Rosenkrantz i Guildenstern nie żyją oraz wykład profesora Koziołka w kinie AMOK

8 marca 2018 wybrałam się z innymi uczniami mojego liceum na retransmisję spektaklu Rosenkrantz i Guildenstern nie żyją na podstawie scenariusza Toma Stopparda. Jest to sztuka przybliżająca nam losy drugoplanowych bohaterów sztuki Szekspira Hamlet, a główne role odegrali Daniel Radcliffe oraz Joshua McGuire. Po obejrzeniu retransmisji mogliśmy wysłuchać wykładu profesora Koziołka na temat tej nietypowej sztuki.


Rosenkrantz i Guildenstern zostają wezwani przez króla Danii, ponieważ ich przyjaciel Hamlet traci zmysły. Po drodze na królewski dwór, spotykają trupę aktorską a także pogrążają się w filozoficznych rozważaniach na temat tego, co jest jawą a co snem. Gdy oni sami nie wiedzą, kim są, a spomiędzy zagadek losu wyłania się niezbyt przyjemna prawda, sprawy mogą przybrać nieciekawy obrót.


Dopiero na miejscu dowiedziałam się, że jedną z tytułowych ról gra Daniel Radcliffe, znany wszystkim z serii o Harrym Potterze. Stwierdziłam, że sztuka może być więc interesująca choćby ze względu na obsadę. I nie zawiodłam się. Mimo że bohaterowie sami w sobie mogli być trochę irytujący i niezrozumiali, to aktorzy odegrali swoje role z wielką dokładnością i kunsztem artystycznym. Tom Stoppard wykreował szekspirowski świat na nowo, umieszczając go gdzieś na granicy metafizyczności a rzeczywistości. Nawet bohaterowie nie wiedzą, czy żyją, czy są prawdziwi. Widz, jako znający tytuł spektaklu ma jeszcze większe pole do interpretacji i domysłów, co w tym przypadku okazuje się niezwykle trudne. Każda scena, mimo że opowiada konkretną historię i jest elementem fabuły, kryje w sobie coś mistycznego i niełatwego do zanalizowania. Mam w stosunku do tej sztuki bardzo mieszane uczucia, ponieważ mimo ciekawego zamysłu, nie najgorszego wykonania i interesującej fabuły, coś było nie tak. Bo o czym właściwie była ta opowieść? Czy stanowiła uzupełnienie słynnej tragedii Szekspira? A może była osobną historią, mającą nam coś udowodnić, uświadomić?


Na te pytania niestety nie odpowiedział profesor Koziołek. Przedstawił nam swoją interpretację, zwrócił uwagę na kilka istotnych szczegółów i to, w jaki sposób fabuła przedstawienia została wzbogacona w porównaniu z tą oryginalną, "książkową". Z późniejszej analizy dowiedziałam się, jak ważne było tutaj zastosowanie gry światła, przestrzeni oraz licznych rekwizytów i detali, które non stop towarzyszyły aktorom. Gliwicki AMOK spisał się na medal, zapraszając wybitnego profesora jako wykładowcę oraz wybierając retransmisję z Old Vic w Londynie na naprawdę wysokim poziomie.
Ines de Castro

niedziela, 29 października 2017

Spojrzenie na scenę #2 - Cholonek

Tym postem chciałabym zacząć nowy dział na blogu, który poświęcony będzie przedstawieniom teatralnym. Mam zamiar częściej odwiedzać teatry, głównie w ramach wycieczek szkolnych, więc uważam, że mogę podzielić się z Wami moimi przemyśleniami na temat występów. Zapraszam!

26 października pojechałam z klasą do Katowic, by w Teatrze Korez zobaczyć przedstawienie zatytułowane Cholonek, którego reżyserem jest Robert Talarczyk. Jest to oczywiście inscenizacja powieści Janosha Cholonek, czyli dobry Pan Bóg z gliny. Teatr Korez jest małym teatrem, jest tam jednak przytulnie i kameralnie. Mieliśmy dostęp do szatni, a przedstawienie zostało wystawione w niewielkiej sali. Z tego, co widziałam, to niektóre osoby musiały siedzieć na schodach, bo zabrakło dla nich krzesełek. Jest to lekkie niedopatrzenie ze strony organizatorów - powinni sprzedać tyle biletów, ile jest miejsc, a nie więcej, by takie sytuacje się nie zdarzały.
Przed rozpoczęciem występu, Mirosław Neinert, aktor grający Świętka, opowiedział co nie co o Janoshu i jego książce, która stała się podstawą tego spektaklu. A później ruszyła "karuzela śmiechu". Akcja toczy się na Śląsku, w jednym z familoków, gdzie rodzina Świątków dyskutuje o wydaniu córek za mąż. I tak oto Michcia wychodzi za Cholonka, a 29.02 po posmarowaniu stóp kremem Nivea (który jest dobry na wszystko) rodzi im się bajtel, mały Adolf. Tekla natomiast zostaje wydana za specjalistę od lewatywy, z którego umiejętności skorzystała także pani Świątkowa. Po tym, jak prawie cała widownia płakała ze śmiechu, spektakl wszedł w neutralną fazę, która w momencie rozpoczęcia wojny przeistoczyła się w tragedię. Aktorom znakomicie udało się zagrać na emocjach widzów, nie pamiętam, kiedy targały mną tak sprzeczne uczucia w tak krótkim czasie.


Aktorzy posługiwali się gwarą śląską, ale osoby nieznające jej również zrozumiały, o co chodziło w danej scenie. Dzięki temu zarówno Ślązacy, jak i "gorole" mogą czerpać maksimum przyjemności z oglądania przedstawienia. Główny element scenografii stanowił ogromny kredens, a także stół, krzesła, kołyska i drobniejsze akcesoria. Nie było ich zbyt dużo, ale i tak znakomicie oddawały one klimat dawnego Śląska - niedopasowane krzesła i taborety, mała ilość naczyń i sztućców... Wszystko to idealnie złożyło się na pełnowymiarowy obraz życia w familokach. Aktorzy wykazali się dużym profesjonalizmem, nie wchodzili w interakcje z publicznością, tylko grali swoje. Żyli tym spektaklem, genialnie wczuwali się w rolę. Jedynym zakłóceniem było głośne "o jeez" z widowni, przez co Grażyna Bułka (aktorka grająca Świętkową) wybuchnęła gromkim śmiechem. Na szczęście wszystko to udało się obrócić w element spektaklu i wyjść z niekomfortowej sytuacji obronną ręką. Oprócz zbyt małej ilości krzesełek dla publiczności, wszystko było naprawdę dobrze zorganizowane. Nie pomyślałabym, że w takiej małej, kameralnej sali można odegrać pełnowymiarowe przedstawienie, dostarczając widzom ogromnych wrażeń. Muszę się jednak "doczepić" do projektora - siedząc na drugim końcu sali niestety nie widziałam wyświetlanych dodatkowych opisów.


Podsumowując, pragnę wszystkich zaprosić na ten spektakl, bo uwierzcie mi, że warto. Naprawdę nie dziwię się, że Cholonek już od 2004 roku bawi polską i międzynarodową publiczność, a Janosh wzruszył się, oglądając to przedstawienie. Dodam również, że prawdopodobnie można gdzieś znaleźć nagrany ten spektakl, gdyż aktorzy wystawiali go dla teatru telewizji. Ja na pewno jeszcze kiedyś zobaczę Cholonka, nie ważne czy na żywo, czy w internecie!
Ines de Castro
PS Pamiętajcie, z niczego nie ma nic!

sobota, 7 października 2017

Spojrzenie na scenę #1 - Fahrenheit 451

2 października 2017 pojechałam z moimi kolegami z liceum do Chorzowa, by zobaczyć sztukę zatytułowaną Fahrenheit 451. Był to spektakl na podstawie książki Ray'a Bradbury'ego wystawiany w języku angielskim przez aktorów z TNT Theatre Britain, a my oglądaliśmy go na żywo w Chorzowskim Centrum Kultury.


Guy Montag jest strażakiem, którego zadaniem w dystopicznych Stanach Zjednoczonych jest palenie książek. Literatura, tak jak samodzielne, krytyczne myślenie, są zakazane, a strażacy mają zajmować się egzekwowaniem tego prawa. Guy lubi swoją pracę, lubi świat, w którym żyje - świat pełen przemocy, gdzie źródło rozrywki stanowi telewizja, a rodzina jako jednostka społeczna zanika. Pewnego dnia, gdy słyszy od swojej sąsiadki pytanie Czy jesteś szczęśliwy?, jego życie się zmienia. Nic już nie będzie takie, jak wcześniej.


Gdy dowiedzieliśmy się, że mamy oglądać spektakl w języku angielskim, byliśmy tym faktem mocno zdezorientowani. Na szczęście, okazało się, że aktorzy wcale nie posługują się wyrafinowanym słownictwem, a wyrazy związane z dystopijnym światem autora dają się zrozumieć dzięki kontekstowi wypowiedzi. Mnie, jako osobie z dość dobrym angielskim oglądanie tej sztuki sprawiło dużo przyjemności. Chyba każdy z nas słyszał o powieści, która opowiada o paleniu książek. Wiadomo, że to właśnie ten wątek zainteresował mnie najbardziej, tak samo jak odkrywanie świata na kartkach papieru przez bohaterów. 


Na uwagę i docenienie zasługuje genialna gra aktorska. Gdybym czytała książkę Bradbury'ego pewnie właśnie tak wyobrażałabym sobie postaci w niej występujące. Aktorzy byli przekonywujący, dzielili się z widzem swoimi emocjami, dzięki czemu doświadczył on tego samego co bohaterowie sztuki. Co ciekawe, na małej scenie było bardzo niewiele rekwizytów. Była za to niesamowita gra świateł i dźwięków, na przykład imitowanie przez bohaterów wozu strażackiego, co robiło piorunujące wrażenie. Na kilka godzin znalazłam się w zupełnie innym świecie, gdzie był śmiech, łzy, lecz nie było samodzielnego myślenia. Właśnie wtedy dotarło do mnie, jak nieszczęśliwi byli ci ludzie, nie mogąc wypowiedzieć się krytycznie na żaden temat. Ja na pewno nie mogłabym tak żyć - nie wytrzymałabym bez książek, bez dzielenia się własnym zdaniem! Sztuka Fahrenheit 451 należy do tych, które budzą w nas emocje i skłaniają do przemyśleń. Jeszcze przez długi czas po końcowych oklaskach zastanawiałam się nad wszystkim, co zobaczyłam i czego doświadczyłam.
Ines de Castro

Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.